Nie musisz liczyć kalorii, ale wiedz, że kalorie się liczą

Nie musisz liczyć kalorii, ale wiedz, że kalorie się liczą.

Nie musisz liczyć kalorii, ale wiedz, że kalorie się liczą – jedna z lepszych maksym, które kiedyś usłyszałem. W tych kilku słowach ukryty jest sekret odchudzania.

Jest to mój pierwszy wpis, dlatego nie ma co szaleć. Nie będę Was zasypywał złotymi radami, wykresami czy badaniami. Spróbuję jednak zarysować nieco moje podejście do szeroko rozumianego pojęcia „robienia formy”.

Zakładam (mam nadzieję słusznie), że większość z nas, chciałaby zrzucić zbędne kilogramy i zastanawia się jak przejść przez ten proces, zmieniając w swoim życiu jak najmniej. Czy jest to w ogóle możliwe? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

Początki.

Moja mama mówiła – najlepszą dietą jest dieta MŻ, co znaczy, ni mniej ni więcej jak Mniej Żreć. Trzeba przyznać jej sporo racji. Otóż nie trzeba mieć fakultetu z termodynamiki, żeby wiedzieć, że jedząc mniej, wcześniej czy później, nasza waga zacznie spadać (oby). I teraz rodzi się pytanie ile to jest „mniej”?


W tym momencie, co poniektórzy o „ścisłym umyśle” zapoznają się z magiczną jednostką energii, czyli kalorią, a w zasadzie jej wielokrotnie większą bratanicą tj. kilokalorią. Pozostali nie będą sobie zaprzątać głowy takimi pierdołami i postanowią, że nie będą jeść kolacji, lub po prostu z każdego posiłku odejmą kilka kęsów. Na ten moment największym przegranym jest profesor termodynamiki, ponieważ od zdobytej wiedzy raczej nie schudnie.


Ale bądźmy przez chwilę poważni. Dla ułatwienia przyjmijmy, że do Rzymu prowadzą jedynie dwie drogi. Jedna kręta i wymagająca zdolności matematycznych i druga – w miarę prosta, wydawać by się mogło mniej wymagająca. Spróbujmy przejść każdą z nich.

Łatwo i przyjemnie.

Na początek pod lupę bierzemy drogę numer dwa. Czy dotrzemy nią do celu? Z dużym prawdopodobieństwem tak. Ale z mojego doświadczenia (możliwe, że Waszego też) uda się to niewielu osobom. Pomyślicie, że bredzę. Przecież każdy z nas ma znajomego, których schudł, a jak sam mówił, w swoim jadłospisie zmienił niewiele. Może i prawda, a może nie. Pytania mam dwa: ile tak naprawdę zrzucił, i czy nadal utrzymuje swoją niższą wagę? Ale po kolei.

 
Postanawiasz schudnąć, ale nie masz czasu, czy ochoty robić tego w sposób uporządkowany. Zaczynasz jednak zwracać uwagę na to co jesz, ile jesz i kiedy jesz. Wyrzucasz ze swojej diety „śmieciowe jedzenie”. Brawo, to już jest spora zmiana, która w pozytywny sposób odbije się na Twojej wadze. I tak będą mijały kolejne dni (tygodnie), do momentu, gdy wyniki nie będą już tak spektakularne, a Ty i Twoja waga postanowicie odpocząć w przydrożnej tawernie.

 
Zaczniesz się zastanawiać skąd ta stagnacja? Możliwe, że dojdziesz do całkiem słusznego wniosku, iż skoro ważysz mniej niż na początku swojej drogi, to Twoje zapotrzebowanie również się zmniejszyło. Dodajesz więc do swojej listy postanowień, kolejne. Dajmy na to, jedno z poniższych: nie jem kolacji, nie jem po godzinie 18, rezygnuję ze śniadania na rzecz szklanki soku. Przy dobrych wiatrach Ty i Twoja waga ruszycie dalej. Jednakże po jakimś czasie sytuacja się powtarza. Tym razem, każdy kolejny pomysł, który przychodzi Ci do głowy, wiąże się z większymi wyrzeczeniami. Pojawia się uciążliwy głód, twoje myśli przez większość dnia krążą wokół jedzenia, zaczynasz być rozdrażniony(-a), motywacja nie jest już tak silna jak na początku.


W tym momencie większość z nas się poddaje. Moment ten może nastąpić po kilku tygodniach, może nawet miesiącach. Próbowaliśmy. Zmieniliśmy nieco swój jadłospis, jedliśmy mniej, było dobrze ale coś się rypnęło. Nie wiemy dokładnie co i to może być najbardziej frustrujące. Oczywiście, nie możemy pominąć tych bardziej wytrwałych i zmotywowanych jednostek, które ruszają dalej i koniec końców docierają do stolicy Włoch. Brawo! Wspominałem przecież na początku, że obie drogi tam prowadzą.


Tutaj chciałbym się jednak na chwilę zatrzymać i zapytać, czy nasz początkowy wybór, nadal wydaje się przyjemny i niewymagający? Obawiam się, że nie.

Brzmi jak dobry plan.

Wracamy do naszego punktu początkowego i wybieramy drogę numer jeden. Wiemy już, że odchudzanie to nieco bardziej kręta i skomplikowana droga. Co zatem zrobić, żeby statystycznie zwiększyć swoje szanse na sukces? Należy podejść do tego procesu w nieco bardziej przemyślany i uporządkowany sposób. Pamiętacie naszego wykształconego kolegą z początku wpisu? To ten, który swoją przygodę rozpoczął od zapoznania się z definicją kilokalorii.

 
Obliczając nasze zapotrzebowanie kaloryczne wiemy ile powinniśmy jeść, żeby je zaspokoić, oraz ile powinniśmy odjąć, żeby nasza waga zaczęła spadać. Dzięki większej kontroli będziemy w stanie w łatwy sposób przeciwdziałać naszym chwilowym zastojom. Brzmi świetnie, prawda? Zdaję sobie jednak sprawę, że Ci z Was, którzy nie znają swojego zapotrzebowania energetycznego, nie wiedzą ile dany produkt ma kalorii i w jaki sposób to wszystko policzyć, mają w tej chwili spore obiekcje i negatywne nastawienie. Spokojnie. W kolejnych wpisach postaram się Wam wszystko wytłumaczyć.

Ok, ale czy na pewno liczenie kalorii zagwarantuje sukces?

Ostatnio najpopularniejszą odpowiedzią na każde pytanie jest – „to zależy”. W tym jednak przypadku pozwolę sobie na mniej skomplikowaną odpowiedź – TAK.


W kolejnych wpisach wspólnie obliczymy nasz zapotrzebowanie kaloryczne, poznamy narzędzia, które powinny nam pomóc, oraz spróbujemy zmienić nastawienie do „diety”.
Zajmiemy się podstawami, które dadzą nam solidne fundamenty. Dzięki nim będziemy mieli o wiele większą świadomość funkcjonowania organizmu, co pomoże nam radzić sobie z napotkanymi problemami.


To wszystko pozwoli nam spokojnie dotrzeć do upragnionego Rzymu, usiąść w urokliwej scenerii i wypić espresso.

© 2022 Wszelkie prawa zastrzeżone.